W czasie naszego pobytu poza pracą przy komputerze na cały etat i opieką nad maluchem udało nam się zwiedzić sporo interesujących miejsc, zobaczyć niezapomniane widoki oraz odpoczywać na wielu plażach. A plażowanie (a może raczej spędzanie czasu na plaży, bo plażowanie kojarzy mi się z leżeniem i opalaniem, co przy roczniaku jest mało realne) było nieodłącznym elementem niemal każdego z 40 dni.
Każdy, kto zaczyna interesować się Teneryfą, szybko odkrywa, że na wyspie można doświadczyć wiele różnorodnych klimatów. Są gorące plaże południa, zielone krajobrazy północy czy surowe oblicze wulkanu. My zdecydowaliśmy się na pobyt na południu wyspy ze względu na najlepszą pogodę i nieograniczone możliwości plażowania – to znaczy spędzania czasu na plaży z wiaderkiem i łopatką I to tu właśnie znajduje się najwięcej zagospodarowanych plaż.
Costa Adeje to najbardziej zurbanizowane wybrzeże Teneryfy. Dla jednych ulubione, dla innych znienawidzone ze względu na niezliczoną ilość turystów. Znajduje się tu kilka plaż, które połączone są ze sobą promenadami, w taki sposób, iż całe wybrzeże (około 10 kilometrów) można zobaczyć idąc spacerem wybrzeżem. Wszystkie plaże na Costa Adeje są doskonale zagospodarowane, znajdują się na nich toalety, prysznice, leżaki, parasole, wypożyczalnie sprzętów wodnych, restauracje i bary. My odkryliśmy urok tego wybrzeża przyjeżdżając popołudniami po godzinie 16, gdy większość plażowiczów opuszczało plaże.
***** Playa del Duque
To zdecydowanie najlepsza (oczywiście subiektywnie) plaża na Costa Adeje. Znajduje się w najładniej zagospodarowanej (i najbardziej ekskluzywnej) części wybrzeża i ciągnie się kilkaset metrów.
Piasek jest dość drobny i jasny a wejście do morza łagodne. Jednocześnie są tutaj spore fale, co czyni tą plażę idealną do zabaw w wodzie.
W ciągu dnia plaża jest oczywiście bardzo tłumnie odwiedzana przez turystów, ale wieczorem pustoszeje i wtedy można dostrzec jej niezwykły urok.
Zawsze wtedy, gdy celem naszej wizyty na plaży była kąpiel w oceanie wybieraliśmy właśnie plażę del Duque.
*** Playa Fanabe
To najdłuższa plaża wybrzeża znajdująca się za kawałkiem skalistego wybrzeża na południe od Playa del Duque.
Piasek na niej jest ciemniejszy a wzdłuż niemal całej plaży ciągnie się promenada ze sklepikami i restauracjami. Jak niemal wszystkie plaże zachodniego wybrzeża, również i plaża Fanabe idealnie nadaje się do romantycznych zachodów słońca.
*** Playa Colon
Ta maleńka plaża znajdująca się przy porcie Puerto Colon również jest godna uwagi ze względu na drobny czarny piasek i delikatne prawie niezauważalne fale.
Pomimo jej małego rozmiaru przy plaży znajduje się mnóstwo restauracji i sklepików zachęcających do zakupu chińskich pamiątek z Teneryfy
**** Playa Troya
To jedna z naszych ulubionych plaż na wybrzeżu Costa Adeje, chyba głównie ze względu na bardzo drobny dość ciemny piasek.
Wejście do wody również należy tutaj do najprzyjemniejszych a fale są łagodne.
*** Playa del Bobo
Zaraz obok plaży Troya, a właściwie na jej przedłużeniu znajduje się niewielka plaża Bobo. Akurat nie spędzaliśmy na niej żadnego popołudnia, ale z promenady wygląda bardzo przyjaźnie.
*** Playa de las Vistas
Playa las Vistas to chyba najpopularniejsza plaża wybrzeża tłumnie odwiedzana przez turystów. Na uwagę zasługuje na pewno ciągnąca się wzdłuż plaży promenada. Piasek na plaży jest drobny i przyjemny a wejście do wody łagodne. Niemniej jednak zauważyliśmy na plaży Vistas jest chłodniej niż w pozostałych miejscach (zimą to ma znaczenie), gdyż wieje zimny wiatr od morza. Dlatego też na tej plaży nigdy nie zdecydowaliśmy się na kąpiel.
*** Playa del Camison
Ta niewielka plaża znajdująca się zaraz za rozległą Playa las Vistas jest idealnym miejscem do podziwiania zachodów słońca.
*** Playa Los Cristianos
Plaża Los Cristianos znajdująca się przy samym porcie stanowi doskonałe miejsce do odpoczynku i obserwowania przypływających i odpływających promów. Jednak ze względu na niezbyt przejrzystą wodę nie jest najlepszym miejscem do pływania.
Nie trzeba daleko odjeżdżać od Costa Adeje, by odpocząć nieco od tłumów spotykanych na każdym kroku turystów, a przy tym rozkoszować się słonecznymi plażami i ciepłym oceanem.
*** Playa de Ajabo
Playa de Ajabo znajduje się w niewielkiej rozwijającej się miejscowości turystycznej Callao Salvaje na północ od Costa Adeje. Niezwykły widok na tę plażę z góry sprawia, że odwiedzający jak najszybciej chcą się znaleźć na dole, by korzystać z jej uroków.
Na dole niestety nie jest już tak różowo dla miłośników plażowania. Jest to plaża bardziej żwirkowa niż piaszczysta i znajduje się na niej sporo kamieni. Warto jednak ją odwiedzić choćby ze względu na malownicze położenie.
* Playa las Galgas
Po objechaniu większości plaż południowej części Teneryfy, zaczęłam wyszukiwać mniejszych miejscowości, w których można przyjemnie spędzić czas na plaży. Mała plaża w miejscowości Playa Paraiso wyglądała zachęcająco w folderach reklamowych hoteli w tym miejscu. Niestety rzeczywistość bardzo szybko rozczarowała. Plaża ma piasek żwirowy o nijakim kolorze, a w wejście do wody oddzielone jest od plaży pasek żwirku, więc nie ma możliwości przyjemnie chodzić brzegiem.
***** Playa Abama
No i w końcu znaleźliśmy naszym zdaniem perełkę. Plaża Abama, o której nie przeczytaliśmy w żadnym przewodniku, została stworzona przez luksusowy hotel o tej samej nazwie znajdujący się w centrum niczego niedaleko miejscowości Playa San Juan. Korzystają z niej głównie turyści mieszkający w tym hotelu, ale jest dostępna dla wszystkich. Samochód zostawiamy koło hotelu na publicznym parkingu i udajemy się w 15 minutowy spacer w dół.
Po paru minutach spaceru wzdłuż hotelowych bungalowów widzimy taki widok.
Dalej możemy iść schodami (z wózkiem trochę ciężko) lub spacerem asfaltem.
Plaża nie jest zatłoczona, bardzo zadbana. Piasek jest jasny i bardzo drobny a wejście do wody łagodne. To kolejne miejsce, gdzie kąpiel w oceanie będzie prawdziwą przyjemnością.
** Playa San Juan
Plaża San Juan w miejscowości o tej samej nazwie prezentuje się bardzo ładnie, szczególnie wraz z zacienioną promenadą pełną zieleni.
Na plaży znajdują się niewielkie palmy dające nieco cienia w upalny dzień. Niestety plaża od morza oddzielona jest pasem kamieni, dlatego spacery wybrzeżem są mocno ograniczone.
*** Playa la Arena
Playa la Arena to naturalna plaża z czarnym drobnym piaskiem znajdująca się w miejscowości Puerto Santiago parę kilometrów od popularnych Los Gigantos. Podczas naszego pobytu na Teneryfie mieliśmy okazję zobaczyć dwa oblicza plaży Arena: raz w środku gorącego dnia, gdy była pełna ludzi…
…drugi raz podczas zachodu słońca, gdy plaża była niemalże pusta.
Pomimo przyjemnego piasku na plaży, wejście do wody jest już trochę kamieniste, a fale potrafią być naprawdę spore, dlatego kąpiąc się na plaży La Arena trzeba bardzo uważać.
*** Playa de los Guios
Będąc w popularnej miejscowości Los Gigantes warto zajrzeć na małą czarną plażę Los Guios. Piasek na niej jest drobny a wejście do wody kamieniste. Niemniej jednak największym jej atutem jest widok na imponujące pionowe skały wpadające prosto do morza Los Gigantes.
Ponieważ mieszkaliśmy w południowo-zachodniej części wyspy większość czasu spędzaliśmy na plażach Costa Adeje oraz zachodniego wybrzeża. Niemniej jednak plaże można znaleźć również na samym południu wyspy (Playa la Tejita i El Medano znajdujące się obok lotniska południowego) a także na północy wyspy.
** Playa la Tejita
Plaża Tejita i Medano to właściwie bliźniacze plaże znajdujące się po dwóch stron góry Montana Roja. Obie są rozległe, szerokie, mają drobny piasek i są bardzo wietrzne. To idealne miejsca dla miłośników windsurfingu. Obie wyglądają bardzo obiecująco, niemniej jednak silny wiatr bardzo utrudnia na nich pobyt.
** Playa el Medano
** Playa Martianez
Cała północ wyspy to zupełne przeciwieństwo południa (o tym oddzielny wpis). Również plaże są tutaj inne. Czarny, czasem żwirowy piasek nie każdemu się podoba, ale także i tutaj nie brakuje miłośników plażowania. My odwiedziliśmy tylko dwie plaże północy znajdujące się w największej północnej miejscowości turystycznej Puerto de la Cruz. Z jej jednej strony znajduje się widoczna poniżej Playa Martianez.
** Playa Jardin
Druga plaża w Puerto de la Cruz to popularna i oblegana Playa Jardin, z której można podziwiać majestatyczny wulkan El Teide.
***** Playa Las Teresitas
Na sam koniec (choć tak naprawdę ta plaża powinna znajdować się na samej górze) Playa Las Teresitas będąca wizytówką Teneryfy. Jej zdjęcie znajduje się niemal na każdym folderze reklamowym wyspy, mapie czy okładkach przewodników. Pomimo takiej reklamy, nie jest to najczęstsze odwiedzane miejsce przez turystów. Głównym tego powodem jest fakt, że plaża znajduje się w niewielkiej wiosce San Andres, kilka kilometrów na północ od Santa de la Cruz i jest ulubionym miejscem wypoczynku mieszkańców stolicy.
Plaża pokryta jest jasnym drobnym piaskiem (nie jest to oczywiście plaża naturalna, piasek został nawieziony), wejście do wody jest bardzo łagodne a fale niewielkie.
Ogromnym atutem tej plaży są piękne widoki na góry Anaga.
Teneryfa ma oczywiście do zaoferowania dużo dużo więcej niż tylko piaszczyste plaże. Niemniej jednak dla każdego odwiedzającego tą niezwykłą wyspę, odpoczynek na plaży w styczniu czy w lutym jest niezwykłą atrakcją.
]]>Największą atrakcją tego miasta jest XVII-wieczna bazylika Nuestra Senora del Pilar.
Bazylika imponuje swym rozmiarem, w środku znajdują się wspaniałe ołtarze i jest ona miejscem wielu pielgrzymek. Plac wokół katedry jest świetnym miejscem do spacerów, sjesty czy też zjedzenia.
Przy doskwierających upałach, zbawienne są wszechobecne fontanny
i wszelkie wymyślne formacje wodne.
Po drugiej stronie placu znajduje się stara, budowana pomiędzy XII a XVII wiekiem katedra del Salvador.
Saragossa leży nad rzeką Ebro. W Saragossie przecina ją wiele mostów, między innymi Puente de Piedra.
Z niego można podziwiać wielkość katedry.
Sama rzeka Ebro również wygląda ciekawie. Jest to najdłuższa rzeka Hiszpanii mająca prawie 1000km.
Nie mając wiele czasu w Saragossie zdecydowaliśmy się na krótki tour autobusem Hop On Hop Off, który wozi turystów po najpopularniejszych miejscach w mieście.
Tym sposobem dotarliśmy ze starego miasta do Aljaferii – alkazaru z XI wieku, będącego najokazalszą budowlą mauretańską znajdującą się w Hiszpanii poza Andaluzją.
Wokół tego okazałego budynku znajduje się fosa.
W 2008 roku Saragossa była gospodarzem światowej wystawy Expo. Z tej okazji w mieście pojawiło się wiele nowoczesnych budowli, między innymi Pavilion Aragon,
Pavilion Bridge
Z okazji Expo 2008 zbudowano również okazały Millenium Bridge.
Po odpoczynku w hotelu, późnym wieczorem wybraliśmy się jeszcze raz na główny plac podziwiać oświetlone stare miasto: bazylikę,
oraz ratusz.
W takiej scenerii pozostało tylko usiąść w najbliższej knajpce i zamówić dzban zimnej, orzeźwiającej Sangrii.
Z samego rana miasto jest jakby wyludnione. W środku tygodnia o godzinie 8 na ulicach pojawiają się nieliczni ludzie, odbywa się mycie ulic.
Życie zaczyna się dopiero po 10.
]]>
Jak tam dotrzeć?
No więc pojechaliśmy. Któregoś upalnego lipcowego wieczora wylądowaliśmy na lotnisku w Barcelonie, skąd udaliśmy się autobusem do Saragossy, a stamtąd do San Sebastian. Do serca kraju Basków można oczywiście też dostać w dużo łatwiejszy sposób. W odległości mniejszej niż 100 km od San Sebastian znajduje się aż 5 lotnisk. Na żadne z nich nie dolecimy bezpośrednio z Polski, ale można złożyć lot z jedną przesiadką. Na lotnisko San Sebastian oddalone od centrum miasta zaledwie 20 km można dotrzeć hiszpańskimi liniami Vueling np z Barcelony. Tanimi liniami Ryanair dolecimy do Biarritz (leżące na terytorium Francji) np. z Londynu czy też Brukseli. Warto też sprawdzić połączenia liniami EasyJet z Londynu do Bilbao, oraz Ryanair do leżących nieco dalej lotnisk w Saragossie i Santander.
Promenada i plaża
W przeciwieństwie do hiszpańskich miejscowości leżących nad Morzem Śródziemnym, San Sebastian w środku wakacji ma znośną, nie aż tak bardzo upalną temperaturę (przyjemne 25 stopni). To sprawia, że jest rajem dla plażowiczów i miłośników kąpieli. W samym centrum miasta znajduje się Playa de la Concha (Concha to po hiszpańsku muszla, co przypomina o specyficznym kształcie zatoki przypominającej muszlę (ja tego nie widzę, ale może mam za małą wyobraźnię).
Na długiej piaszczystej plaży wypoczywają spragnieni słońca turyści.
Woda w zatoce jest przyjemnie ciepła, wejście do wody płytkie i bez kamieni. Przy plaży znajduje się charakterystyczny mostek z zegarem dodający uroku nadmorskiej promenadzie.
Plaża La Concha wraz z jej przedłużeniem plażą Ondarreta ciągnie się 2 kilometry. Po drodze mijamy ładny budynek kawiarni.
Przy promenadzie znajduje się także warty zobaczenia Miramar Palace, piękny pałac, który w przeszłości stanowił rezydencję letnią hiszpańskiej rodziny królewskiej a obecnie jest wykorzystywany przez baskijską szkołę muzyczną.
Przepięknie urządzony teren zielony wokół pałacu skupia ludzi, urządzających tam pikniki oraz par młodych robiących sobie ślubne sesje zdjęciowe.
Oprócz popularnej plaży La Concha, w San Sebastian znajduje się także plaża Zurriola, będąca rajem dla miłośników surfingu. Aby się do niej dostać z centrum San Sebastian trzeba przejść przez most o tej samej nazwie.
Most łączy dwie części San Sebastian podzielone rzeką Urumea, która wpada tutaj do Zatoki Biskajskiej.
Pomiędzy wzgórzami
Plaża la Concha rozpościera się pomiędzy dwoma wzgórzami górującymi nad San Sebastian. Na szczycie góry Urgull znajduje się wspomniany wcześniej pomnik Chrystusa.
Obchodząc górę dookoła promenadą Paseo Nuevo można natknąć się na ciekawą nowoczesną rzeźbę.
Po drugiej stronie plaży znajduje się góra Igueldo, z której rozpościera się fantastyczny widok na całą zatokę i wyspę Santa Clara.
Na górę możemy dostać się kolejką wąskotorową za około 2 euro.
W dniu, w których wybraliśmy się na górę niebo było niestety zachmurzone, przez co widoki nie były zapewne tak piękne jak przy słonecznym dniu, ale plaża z góry i tak wyglądała imponująco.
Patrząc z góry na drugą stronę widzimy otwarte morze i fale rozbijające się o skalisty brzeg.
Spacer po mieście
Spacer po San Sebastian jest atrakcją samą w sobie. Nasze zwiedzanie rozpoczynamy od ratusza (po hiszp. ayuntamiento), będącego wizytówką miasta.
Przy ratuszu znajduje się bardzo zadbany park.
Obchodzimy ratusz i kierujemy się w stronę labiryntu wąskich uliczek starego miasta.
Jest tu niezliczona ilość restauracji i barów, w których serwowane są wspomniane wcześniej pinxos. Na starówce znajduje się między innymi barokowy kościół Santa Maria.
Oraz Plaza de la Constitución, na którym w przeszłości odbywały się walki byków a obecnie jest to miejsce różnych fiest.
Spacerując po mieście warto również zobaczyć katedrę Buen Pastor.
Port i wyspa Santa Clara
Uroczym miejscem w San Sebastian jest niewielki port, w którym cumują łódki nie nieduże stateczki.
Można z niego wypłynąć na pobliską wyspę Santa Clara, z góry przypominającą swym kształtem żółwia.
Rejs statkiem kosztuje kilka euro i umożliwia oglądanie cudownej zatoki od strony morza.
W krótkim czasie dopływamy na wyspę.
W XVI wyspa ta stanowiła izolatkę dla chorych na dżumę. Gdy w San Sebastian wybuchła epidemia tej strasznej choroby, chorych transportowano na wyspę, by zapobiec zarażanie pozostałych mieszkańców miasta.
Obecnie na wyspie znajduje się niewielka plaża, z której uroków skorzystaliśmy od razu po dopłynięciu.
Nasz pobyt w San Sebastian niestety dość szybko się skończył i nie zdążyliśmy skorzystać ze wszystkich jego uroków. Wiemy jednak na pewno, że jest to miejsce godne polecenia nie tylko na krótki wypad, ale także na cały urlop.
]]>
Playa Blanco wita nas charakterystycznymi białymi domkami i lekkim deszczem, który na szczęście szybko mija.
Całe Lanzarote jest podobne – białe budynki idealnie kontrastują z czarną ziemią powulkanicznej wyspy. Obecny wygląd i zagospodarowanie, to miejsce zawdzięcza architektowi z Lanzarote Cesarowi Manrique, który swoją działalność od połowy XX wieku skupił na zagospodarowaniu przestrzennym Lanzarote, tak by współgrało ono z niezwykłym krajobrazem wyspy. Pierwsze kroki kierujemy z naszymi małymi walizkami na przystanek autobusowy, by dojechać na lotnisko, na którym odbieramy samochód. Dość długie czekanie na przystanku utwierdza nas w przekonaniu, że samochód na wyspie jest rzeczą niezbędną. W końcu docieramy na lotnisko – tam do biura Autoreisen, gdzie ponownie płacimy około 80 euro za 4 dni. Tym razem dostaliśmy nowiutkiego Citroen Elysee.
Ponieważ w naszym apartamencie umówieni jesteśmy na odbiór pokoju dopiero po 18, po krótkiej przerwie na obiad w Puerto del Carmen decydujemy się wyruszyć do ogrodu kaktusów. Jardin de Cactuses jest jednym z miejsc zaprojektowanych przez Manrique. Przed wejściem kupujemy karnet za 30 euro na 6 atrakcji na Lanzarote: park kaktusów, Jameos del Agua, Cueves Verde, Mirador del Rio, Park Timanfaya i zamek w Arrecife. Oczywiście jest możliwość kupowania biletów pojedynczych na poszczególne atrakcje, można też kupić pakiet na 3/4 z nich w odpowiedniej niższej cenie, my jednak decydujemy się na wszystko.
Park rzeczywiście robi wrażenie, kaktusy są świetne, z różnych regionów świata, cały ogród wygląda bajkowo. Do ładnych zdjęć przydałoby się jedynie błękitne niebo, którego tego dnia nie dane nam zobaczyć. Jest jednak ciepło, spacerujemy po parku, wchodzimy do wiatraka – pobyt tam zajmuje nam może jakieś 45 minut.
W końcu wsiadamy z powrotem do samochodu, jedziemy po drodze jeszcze do Teguise mijając po drodze różne dziwne formacje skalne czując się jak na innej planecie.
Teguise to niewielkie miasteczko (nie mylić z Costa Teguise, które jest jednym z największych kurortów turystycznych na wyspie), pozbawione praktycznie turystów. Kiedyś było stolicą wyspy, dziś nieco zapomniane. Nad miastem góruje Zamek Świętej Barbary. W centrum warto się chwilę przejść po uliczkach by poczuć atmosferę miejsca.
Stamtąd wracamy już do Puerto del Carmen – miejsca naszego pobytu na najbliższe 4 dni. Wybraliśmy apartament w Club Pocillos. Mogę śmiało założyć, że to jedno z najlepszych miejsc w jakich byliśmy, patrząc na stosunek ceny do jakości. Jedna noc kosztowała nas 28 euro za pokój (kupione przez przez Alpharooms).
Dostaliśmy 2-pokojowy duży apartament, ze świetnie wyposażoną kuchnią. Minusem tego miejsca było dość znaczne oddalenie od centrum Puerto del Carmen, plusem lokalizacja nad samym morzem w pobliżu promenady, która przechodzi przez całe miasto. Z okna naszego apartamentu można było oglądać takie wschody słońca:
Kolejny dzień postanowiliśmy zacząć od lenistwa. Pojechaliśmy na południe wyspy na słynną plażę Papagayo. Aby dojechać do plaży trzeba zapłacić 3 euro, które pobierane są po środku szutrowej drogi. Pogoda była bardzo ładna, typowo letnia, trochę wiało ale bardzo przyjemnie. Widoki świetne.
W pobliżu znajduje się jeszcze kilka innych plaż, przed każdym zjazdem jest tabliczka z nazwą, można sobie zwiedzić kilka.
Około 15 opuszczamy plażę. Nasz plan na popołudnie – park Timanfaya, leżący na terenach wulkanicznych. Ogromne pustkowie, pokazujące niszczycielską siłę lawy wulkanicznej. Najpierw wjeżdżamy do parku, gdzie pokazujemy nasz karnet. Już przy wjeździe widoki są … ciężko powiedzieć, że piękne. Pokazuję po prostu jak mało znaczący jest człowiek w obliczu siły natury.
Po podjechaniu do miejsca, z którego odbywają się wycieczki okazuje się, że autobus właśnie odjeżdża, więc szybko przesiadamy się z samochodu do autokaru. W trakcie przejazdu Ruta de Los Volcanes oglądamy (niestety tylko przez szybę autokaru) tereny po wybuchu wulkanów z XVIII i XIX wieku.
Po trwającej około 40 minut wycieczce mamy też możliwość obejrzenia jak wysoka temperatura jest w tym miejscu pod ziemią. Już dotykając ziemi czujemy niezwykłe ciepło a personel parku pokazuje jak szybko suche gałęzie zapalają się po wrzuceniu do dołu oraz jak szybko tam może zagotować się woda.
Ostatnie spojrzenie na bezkres lawy i opuszczamy Park Timanfaya. Jedziemy zobaczyć Salinas de Janubio – jedne z największych na świecie saliny.
Niedaleko znajduje się Los Hervideros – zachodnie wybrzeże Lanzarote, gdzie podziwiamy skaliste nabrzeże, oczywiście czarne. Do tego koloru trzeba się na Lanzarote zdecydowanie przyzwyczaić. Dla niektórych jest to widok przygnębiający, z drugiej jednak strony, widoki są tak zdecydowanie inne niż te, które się widziały do tej pory.
Po kolejnych minutach docieramy w końcu do ostatniego punktu naszej wycieczki tego dnia: El Golfo – sławne zielone jeziorko Lanzarote.
Trwa akurat zachód słońca, a my jesteśmy na zachodnim wybrzeżu, podziwiamy więc jak słońce nadaje skałom intensywne kolory czerwieni, zieleni i brązu.
Czekamy aż słońce całkowicie zajdzie za horyzont i wsiadamy w samochód kierując się do Puerto del Carmen.
Kolejny dzień zaczyna się bardzo aktywnie: mamy w planie 3 punkty z kupionego wcześniej karnetu. Zaczynamy od Jameos del Agua – wydrążona przez lawę wulkaniczną jama, zagospodarowana przez Manrique. W środku jaskini znajduje się naturalny słony zbiornik morski.
Całość kompleksu jest bardzo nastawiona na turystów, jest tu również kawiarnia, ławeczki na których można odpocząć oraz tak jak wszędzie na Lanzarote połączenie czerni wulkanicznej z bielą architektury. Zaledwie kilometr od Jameos del Agua znajduje się kolejna atrakcja Lanzarote – Cueva de los Verdes.
Są to jaskinie, po których można chodzić tylko z przewodnikiem. Całość trasy ma niewiele ponad kilometr a czas wycieczki to około 40 minut. My mieliśmy pecha, bo chwilę przed nami ruszyła do jaskini grupa turystów i musieliśmy czekać około pół godziny na zebranie się kolejnej. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Jameos del Agua, gdzie przyjeżdżają wszystkie autokary wycieczkowe, tutaj w większości spotkaliśmy turystów indywidualnych. Po wyjściu byliśmy tym faktem bardzo zdziwieni, bo jaskinie wydały nam się o wiele ciekawszą atrakcją niż jama. W jaskini możemy podziać niesamowite formacje skalne, różne minerały mieniące się w wielu kolorach oraz oglądać na ich podstawie jak zastygała lawa. W jaskini została też utworzona sala koncertowa, mająca bardzo dobrą akustykę ze względu na brak echa. Z jaskiń wyruszamy na północ wyspy. Po drodze mijamy nowe, nieznane jeszcze dla nas krajobrazy Lanzarote.
Na skałach pojawia się roślinność, co jest raczej niespotykane na południu wyspy. Ponieważ dochodzi 14 postanawiamy zatrzymać się na plaży. Na godzinną sjestę wybieramy plażę Caleton Blanco.
Dalej jedziemy już na samą północ wyspy, gdzie znajduje się najsłynniejszy punkt widokowy na Lanzarote – Mirador del Rio.
Tu również spotykamy tłumy ludzi i wiele autokarów. Z ładnie zaprojektowanego (przez Manrique oczywiście) punktu można podziwiać pobliską wyspę Graciosę.
Na pewno warto tam popłynąć z miejscowości Orzola. Następnie kierujemy się już z powrotem. Mijamy Dolinę 1000 palm.
Zachód Słońca spędzamy na plaży Famara znanej z filmu „Przerwane Objęcia”. Przed wyjazdem czytałam, że to jedna z najlepszych plaż na wyspie, okazało się jednak, że jedna z najlepszych ale dla windsurferów. Plaża nie jest jakaś szczególna, niczym nie zachwyca sama w sobie. Ładne są za to widoki wokół niej.
Następny dzień jest już naszym ostatnim dniem na wyspie, dlatego dużą jego część postanawiamy spędzić na plaży. Wybieramy miejską plażę w Puerto del Carmen.
Jest to chyba najcieplejszy dzień w ciągu naszego pobytu, woda zachęca do kąpieli, z czego ochoczo korzystamy.
Po południu jedziemy jeszcze do regionu La Geria zobaczyć słynne uprawy winiarskie.
A zmierzch spędzamy w stolicy wyspy – Arrecife, które tak zdecydowanie różni się od stolicy Fuerte. Tutaj jest sporo ludzi, są ładne promenady, wszystko zadbane.
Ostatni zachód słońca na cudownej wyspie ze świadomością konieczności powrotu do kraju, w którym jest -10 stopni . Zdecydowanie żałuję, że spędziliśmy na niej zaledwie 4 dni.
Z Lanzarote wracamy przez Londyn. Oczywiście można wrócić jednego dnia, przesiadając się tylko na lotnisku, my jednak postanowiliśmy zostać jeszcze dwa dni w Londynie, w którym nie byliśmy od ponad roku. W ramach podsumowania mogę powiedzieć, że pomimo wielu zachwytów nad Fuertaventurą, dla mnie zdecydowanym numerem jeden jest Lanzarote. Jest tu zdecydowanie więcej do zobaczenia, widoki są bardziej niezwykłe, a jak ktoś lubi plażować, to również bez problemu znajdzie szeroki wybór plaż. Planując wyjazd łączony na obie te wyspy warto więcej czasu zarezerwować na Lanzarote.
Podsumowanie naszych kosztów: 11 dni w podróży (nie licząc 2-dniowego pobytu w Londynie w drodze powrotnej)
Loty: Modlin – Barcelona, Barcelona – Fuerteventura, Lanzarote – Londyn, Londyn – Modlin 485 zł/os.
Hotele (cena za dwie osoby): 402 euro/10 nocy
Barcelona: 40 euro ze śniadaniem.
Fuerte, Costa Calma: 62 euro z HB (tu spędziliśmy dwie noce)
Fuerte, Corralejo: 42 euro (3 noce) Lanzrote: 28 euro (4 noce)
Prom: 12 euro/os Samochód: około 160 euro na dwóch wyspach – łącznie 8 dni. Na Kanarach cena paliwa nieznacznie przekracza 1 euro/litr. Na paliwo łącznie wydaliśmy 50 euro.
Zwiedzanie: voucher na 6 miejsc na Lanzarote: 30 euro/os. Jedzenie w restauracji kosztowało nas około 20 – 25 euro za kolację (z alkoholem), zakupy w sklepie – ceny podobne do polskich, nie licząc mięsa, które jest jakieś 50% droższe.
]]>Do Alicante pojechaliśmy trzeci raz. No może nie do końca. Za pierwszym razem nasza podróż zakończyła się na lotnisku w Gdańsku, kiedy z powodu mgły samolot nie poleciał. Potem byliśmy na Costa Blanca cały tydzień, ale dzień, który przeznaczyliśmy sobie na zobaczenia Alicante był deszczowy i burzowy i nie udało nam się za wiele zobaczyć. Tym razem, podczas hiszpańskiego tripa w czerwcu 2013 roku, wszystko udało się bez zarzutu. No może poza jednym ale… Nocleg tradycyjnie już zarezerwowałam na booking.com. Wybrałam pokój z łazienką za 36 euro za noc, co wydawało się ceną dość niską jak na takie miejsce w sezonie. Niestety, obawy były zdecydowanie uzasadnione. Pokój wyglądał zdecydowanie nieciekawie, okna wychodziły na inne pokoje (zero widoku na cokolwiek), a łóżka były bardziej pryczami niż łóżkami. Taki nocleg zdecydowanie nie zachęcał, żeby spędzić w pokoju jakikolwiek czas, więc wracaliśmy tam tylko po to, żeby się wyspać.
Do Alicante możemy polecieć np z Modlina. Obecnie ceny nie zachwycają, najtańsza wersja z Modlina to 340 złotych w maju, ale ceny powoli spadają na ten okres, więc warto śledzić ten kierunek. Dodatkowo do Alicante możemy też dostać się z Wrocławia i Katowic.
My do Alicante dostaliśmy się autobusem ALSA z Grenady, w której zwiedzaliśmy Alhambrę, więc tym razem nie korzystaliśmy się z lotniska. Podróż zajmuje ponad 5 godzin i kosztuje około 30 EUR. My wybraliśmy autobus z przesiadką w Murcji, dzięki czemu zaoszczędziliśmy trochę pieniędzy (warto sprawdzić cenę takiego biletu, bo czasem okazuje się, że jest taniej).
W drugiej połowie czerwca w całej Hiszpanii zaczyna się fiesta, która ma swój finał w najkrótszą noc w roku 23 czerwca. Choć do Alicante przybyliśmy 18 czerwca, fiesta trwała już w najlepsze. Ratusz, ulice, rynek były udekorowane, co dodawało miastu niesamowitego uroku.
Niektóre ulice wyglądały jak gdybyśmy mieli karnawał, i gdyby nie wysoka temperatura pozwalająca spędzać wieczór bez żadnego okrycia z pewnością można by było tak pomyśleć.
Oczywiście w takim mieście nie może zabraknąć uroczych placów z fontannami.
W Alicante mieliśmy jeden pełny dzień, który postanowiliśmy w dużej mierzy spędzić nad morzem. Jest tu ładna promenada nadmorska, piaszczysta długa plaża i ciepła już w czerwcu woda, która bez problemu pozwalała na kąpiele.
Przy plaży znajduje się wejście na górujący nad miastem, położony na wysokiej skale zamek Świętej Barbary. Na zamek można dostać się pieszą drogą, bądź też windą wydrążoną w skale. My oczywiście wybraliśmy windę. Według informacji, które czytałam, koszt wjazdu to kilka euro w dwie strony, natomiast nikt od nas nie chciał żadnych pieniędzy (może była sjesta:) ?) i wjechaliśmy za darmo.
Widoki z góry na całe miasto robią wrażenie. Widać i cała plażę i pełen niewielkich statków port.
Widać też były nadchodzące chmury zwiastujące deszcz albo nawet i burzę.
Po zejściu (a właściwie zjechaniu) na dół okazało się jednak, że chmury ustąpiły, a my mogliśmy z powrotem udać się plażę i podziwiać zamek tym razem z dołu.
Po południu wybraliśmy się na spacer po mieście. Gdzie się nie spojrzało, wszędzie był jakiś festyn, na ulicach mnóstwo jedzenia, a zapach hiszpańskich potraw unosił się w powietrzu.
W Alicante pochodziliśmy również po pubach. Zawsze warto rozróżnić miejsce, gdzie podawane jest jedzenie, a gdzie tylko picie (czasem ciężko o tym zdecydować stojąc przed lokalem). Tam gdzie podawane jest jakiekolwiek jedzenie, cena napoi jest zdecydowanie wyższa. Jeśli natomiast pójdziemy do typowego baru (na świeżym powietrzu oczywiście) za piwo powinniśmy zapłacić około 1,5 EUR.
Charakterystyczna promenada wzdłuż portu ma ciekawie ułożony chodnik. Niemniej jednak to nie jedyne miejsce na Półwyspie Iberyjskim, gdzie możemy spotkać się z taką promenadą. Podobną widzieliśmy również w Lizbonie.
W porcie jak zwykle można podziwiać różnego rodzaju statki: od niewielkich łódek po ekskluzywne jachty.
Podsumowując naszą krótką wizytę w Alicante możemy zdecydowanie polecić to miasto, nie tylko na krótki wypad, ale również na cały tygodniowy urlop. Nie można przy tym zapomnieć, że Alicante to tylko jedno interesujące miejsce,a na całej Costa Blanca jest ich mnóstwo.
My z Alicante powędrowaliśmy na dworzec Renfe, gdzie wsiedliśmy do pociągu, który zawiózł nas do Tarragony, kolejnego miejsca naszego tripa.
]]>
„Kto nie widział Grenady, nie widział niczego” – mówi hiszpańskie przysłowie.
Zachęceni tym zdaniem, w czasie naszego francusko – hiszpańskiego tripa w czerwcu 2013 roku (Marsylia i Cassis -> Marbella -> Grenada -> Alicante -> Tarragona) postanowiliśmy jeden dzień poświęcić na to właśnie miasto. Z Malagi do Grenady dostaliśmy się autobusem Alsa za niecałe 12 EUR. Bilet kupiliśmy w automacie na dworcu. Po około dwóch godzinach wysiadamy już na dworcu w Grenadzie, skąd autobusem docieramy do centrum miasta, gdzie znajduje się nasz hotel. Grenada jest bardzo łaskawa dla turystów, jeśli chodzi o ceny noclegów. Za 2-osobowy pokój z łazienką w **hotelu ze śniadaniem zapłaciliśmy 25 euro.
Głównym punktem naszej wizyty w Grenadzie była oczywiście Alhambra – niezwykły XIII – wieczny zespół pałaców arabskich. Ponieważ znajduje się ona na górze miasta, podjeżdżamy autobusem, nie tracąc czasu na dość długi spacer.
Bilety do Alhabmbry trzeba kupić z wyprzedzeniem, gdyż przychodząc bez biletu możemy obyć się jedynie smakiem. Bilet kupiliśmy przed wyjazdem przez Internet za około 15 EUR od osoby (obecnie na stronie wyświetla się cena 15,40 EUR) na tej stronie.
Kupując bilet wybieramy wejście poranne lub popołudniowe, natomiast do Pałacu Nasrid wybieramy konkretną godzinę. Ponieważ przyjechaliśmy do Grenady około godziny 13, wybraliśmy wejście popołudniowe dostępne od 14, a Pałac Nasrid zdecydowaliśmy się zwiedzić na sam koniec naszego pobytu w Alhambrze o godzinie 18. Mając taki bilet internetowy, na miejscu udajemy się po odbiór normalnego biletu do automatycznego punktu odbioru i po chwili znajdujemy się w środku.
Zwiedzanie zaczynamy od ogrodów Generalife.
To jedne z najstarszych zachowanych ogrodów mauretańskich. Przystrzyżone żywopłoty, soczysta zieleń i piękna roślinność zachęca do spaceru, żałujemy jednak, że w dniu naszej wizyty całe niebo pokryte jest chmurami, przez co nie możemy zobaczyć piękna tego miejsca w całej okazałości.
Z Pałacu położonego w Generalife możemy zobaczyć Górną część Alhambry. Jest to nasz kolejny punkt, do którego zmierzamy.
Po paru minutach spaceru docieramy do zupełnie innej części kompleksu składającego się z ruin starych pałaców, łaźni i ogrodów.
Znajduje się tam między innymi Alcazaba – forteca z wieżami będąca najstarszą częścią Alhambry.
Z wież do niej przyległych możemy podziwiać widok na całą Granadę…:
…oraz na ośnieżone stoki Sierra Nevada – najwyższe pasmo górskie Półwyspu Iberyjskiego.
Stamtąd udajemy się już pod Pałac Nasrid, do którego ustawiona jest spora kolejka. Najbardziej znaną jego częścią jest Patio Lwów, które dla władców muzułmańskich było uosobieniem ziemskiego raju .
Podziwiamy też tam piękne elementy architektoniczne kultury mauretańskiej:
Po raz kolejny mamy możliwość obejrzenia miasta z góry:
Po powrocie do hotelu widzimy, że widok z naszego okna wygląda fantastycznie i zachodzie słońca. Biorąc pod uwagę cenę i lokalizację noclegu jesteśmy bardzo zadowoleni z wyboru.
Następny poranek, przed samym wyjazdem, poświęcamy jeszcze na krótki spacer po mieście.
Wszędzie możemy zaobserwować ciekawe skwery ze zdobionymi ścianami.
Z Grenady jedziemy ponownie autobusem ALSA do Alicante, gdzie spędzamy dwa dni pełne lenistwa a o czym możecie przeczytać tutaj
]]>
Na Majorkę wybraliśmy się w ostatni tydzień sierpnia 2012 roku silną 9-osobową grupą. Lecieliśmy z Poznania standardowo tanimi liniami Ryanair. Za bilety płaciliśmy od 250 do 300 zł za loty w dwie strony (zależy kto z ekipy kiedy się decydował ). Obecnie można tam się dostać z Modlina, Poznania i Krakowa. Ceny kształtują się od 350 zł w dwie strony, ale powinny jeszcze spaść na późną wiosnę. Jadąc na Baleary w sezonie (albo w każde inne miejsce nad Morzem Śródziemnym) trzeba liczyć się ze znacznymi upałami. Oczywiście zdawaliśmy sobie z tego sprawę, ale jadąc taką grupą wybiera się termin odpowiadający każdemu, więc tym razem padło na sierpień.
Tym razem zamiast standardowego hotelu zarezerwowanego przez booking.com zdecydowaliśmy się na wynajem willi przez portal homeaway.co.uk. Wybraliśmy dom z basenem w miejscowości Santa Ponsa. Płaciliśmy około 30 eur/os za noc. Myślę, że warto brać pod uwagę taką formę noclegu przy dużych grupach, bo jednak to duża niezależność no i zupełnie inny klimat. Szczególnie w przypadku, gdy wyjazd jest typowo rekreacyjny i dużej mierze polega na odpoczynku przy basenie
Choć tak naprawdę wyjazd miał być nieco bardziej aktywny. Jeszcze przed wyjazdem mieliśmy zarezerwowane dwa samochody w Goldcar. Jednak w biurze na lotnisku okazało się, że coś jest nie tak z naszymi kartami (w tej firmie akceptują tylko normalne karty kredytowe wypukłe i muszą być na nazwisko kierowcy). Nie mieliśmy na tyle determinacji, żeby zmieniać kierowców, albo ogarniać jakąś inną wypożyczalnie. Stwierdziliśmy, że przeżyjemy bez samochodu i może nawet dobrze się stało, bo przy wysokiej temperaturze zdecydowanie lepszym pomysłem jest spędzenie czasu w wodzie. Majorkę natomiast ja muszę zobaczyć jeszcze raz, tym razem najlepiej w maju albo pod koniec września i pojeździć po wyspie, by zobaczyć jej najciekawsze zakątki.
Santa Ponsa, w której się zatrzymaliśmy jest dość spokojną miejscowością jak na Majorkę. Nie ma tam żadnych dyskotek, a więc i ludzi trochę mniej. W miasteczku są dwa duże sklepy Eroski, w których zaopatrywaliśmy się przez cały wyjazd jako, że żywiliśmy się w naszej willi i sami przyrządzaliśmy posiłki. Plaża w Santa Ponsa również jest bardzo przyjemna. Oczywiście trzeba się liczyć, że w szczycie sezonu będzie gorąco i sporo ludzi. W zamian dostajemy idealnie ciepłą wodę, w której możemy siedzieć cały dzień.
Trzeciego dnia udaje mi się w końcu zmobilizować ekipę, żeby ruszyć się z naszej willi (a ruszyć 9 osób łatwo nie jest: ) ) i plaży i coś zobaczyć. Pierwszy wybór pada na stolicę wyspy Palmę dokąd dojeżdżamy autobusem za około 3,5 EUR.
Jednym z obowiązkowych punktów stolicy jest Katedra La Seu i okolice wokół niej.
Wstęp do katedry La Seu kosztuje około 6 EUR. Jak ktoś lubi zwiedzać kościoły to oczywiście warto.
Miasto należy do jednych z przyjemniejszych miast hiszpańskich. Są też idealne miejsca do ochłodzenia się podczas zwiedzania w upalny dzień. Znajdziemy tu mnóstwo placów z fontannami nadającymi sielankowy klimat.
Zmęczeni wysoką temperaturą co chwilę przysiadamy gdzieś w cieniu rozkoszując się interesująca architekturą i pięknymi widokami.
Podążając w stronę portu mijamy także ciekawe zabytkowe wiatraki El Jonquet.
W porcie stoi kilka ogromnych promów turystycznych ale przede wszystkim niezliczona ilość mniejszych bądź większych prywatnych jachtów.
Możemy też stąd zobaczyć piękny widok na katedrę, która z daleka wydaje się jeszcze większa i bardziej pokaźna.
W tym miejscu kończymy naszą krótką wycieczkę po stolicy. Jest tu zdecydowanie więcej ciekawych miejsc do zobaczenia (jak choćby zamek Bellver), ale zmęczenie upałem daje się szybko we znaki więc czym prędzej podążamy autobusem do Santa Ponsy by jak najszybciej orzeźwić się w basenie naszej willi.
Na naszą kolejną wycieczkę wybieramy się po kolejnym dniu obijania się w wodzie. Z Palmy do Soller jedziemy zabytkowym pociągiem. Bilet na podróż do Soller a potem równie zabytkowym tramwajem do Port se Soller kosztuje 28 euro w dwie strony. Pociąg i tramwaj kursują kilka razy dziennie i są ze sobą skomunikowane.
http://www.trendesoller.com/en/cms.php/Timetable_and_Prices
Po drodze kolejka zatrzymuje się by można było podziwiać widoki na schowane w górach miasteczka.
Po około 50 minutach dojeżdżamy do miasteczka Soller. Głównym punktem miasta jest katedra Sant Bartomeu.
Soller jest bardzo przyjemne, w sam raz na krótkie zwiedzanie przed lub po lenistwie w Port se Soller.
Do Port de Soller jedziemy tramwajem.
Nie mam pojęcia czemu to nazywa się tramwaj, dla mnie wyglądało tak samo jak pociąg, którym dojechaliśmy do Soller. Tak czy inaczej docieramy do przyjemnej plaży, gdzie zamierzamy spędzić najgorętszą część dnia.
Z portu można dotrzeć na stateczkiem na znaną plażę Sa Colobra. Bilet w dwie strony kosztuje 25 EUR i trwa około godziny. Trzeba mieć jednak trochę czasu, bo w ciągu dnia pływają tylko 4 statki, więc nie tak łatwo zgrać wszystko w czasie. Mi pozostało popatrzeć tylko na turystów wsiadających na statek, ale jak już wspominałam na Majorkę na pewno wrócę na wyjazd bardziej aktywny, wiec jeszcze nic straconego.
Jak kogoś interesują wspomniana wyżej wycieczki do plaży Sa Colobra (tam została nagrana jedna fajna scena w filmie Atlas Chmur) to informacje o rejsach można znaleźć na stronie http://www.soller1.com/en/cms.php/travel/timetables/boat_trips.
Nasza trzecia wycieczka…Tym razem do aquaparku Western Park w Magaluf. Na Majorce są trzy duże aquaparki. Oprócz tego w Magaluf jest jeszcze w El Arenal i w Alcudii. Nie patrzyłam jaki ma najlepsze oceny, dla nas najlepszy był ten bo był najbliżej Santa Ponsa. Bilety kupiłam jeszcze przez wyjazdem przez Internet. To dobre rozwiązanie, bo płacimy trochę mniej (teraz 26 EUR, dwa lata temu było parę euro taniej) a poza tym omijamy całą kolejkę, która zaraz po otwarciu ustawia się do wejścia.
W parku jest mnóstwo fajnych atrakcji jak ta zjeżdżalnia na zdjęciu tzw. Boomerang.
Najlepsze są zjeżdżalnie, na których używa się pontonów i jeździ się we dwie osoby. Szczyt sezony niestety robi swoje i na najlepsze zjeżdżalnie można czekać nawet 20-30 minut co jest ogromna stratą czasu. Najlepiej korzysta się ze wszystkich atrakcji w godzinach 16-18, bo wtedy sporo ludzi idzie coś zjeść, odpoczywa albo powoli się zbierają do wyjścia, wiec warto zostać do samego końca.
Nasz tydzień na Majorce to zdecydowanie za krótko, żeby poczuć to miejsce. Nie dotarliśmy ani na wschodnie wybrzeże (Formentor) ani na południe wyspy, więc temat Majorki jest wciąż otwarty. Mogę jednak z czystym sumieniem polecić tą wyspę na odpoczynek i na podziwianie cudownych widoków o zachodzie słońca.
Artykuł ten jest częścią relacji z Podróży po Costa del Sol
Do Rondy docieramy po raz kolejny autobusem z dworca w Marbelli. Od samego wybrzeża wspinamy się serpentynami w górę nie do końca czując się bezpiecznie patrząc przez okna na przepaście.
Nie pamiętam ile kosztuje bilet (pewnie około 7 EUR) a podróż trwa coś koło półtorej godziny. Przez cały czas mamy okazję podziwiać górskie widoki.
Docieramy bezpiecznie, z informacji bierzemy miejscową mapkę z zaznaczonymi najciekawszymi punktami i ruszamy pieszo w miasto. Pierwsze miejsce: kościół Nuestra Señora del Socorro. Zawsze mam wrażenie, że wszystkie hiszpańskie kościoły wyglądają podobnie plus obowiązkowy dodatek w postaci palmy.
Mamy też możliwość po raz kolejny podziwiać piękne kwitnące migdałowce, których o tej porze roku jest tu mnóstwo.
Ronda jest znana z casas colgadas, czyli kamienic położonych przy samym skraju wąwozu El Tajo.
Oraz oczywiście mostu Puente Nuevo, który jest wizytówką Rondy i widnieje na wszystkich widokówkach z tego miejsca.
Ten monumentalny most został zbudowany pod koniec XVIII wieku i ma wysokość 100m. Robi niesamowite wrażenie, choć przypuszczam, że z dołu jego wielkość jest jeszcze bardziej imponująca. Podziwiając most dziwimy się sporą ilością turystów (szczególnie Azjatów).
Przez most przechodzimy do starej części miasta., w której mamy okazję oglądać np. kolegiatę Santa María la Mayor, powstałej z przebudowy dawnego meczetu, oczywiście w towarzystwie drzew pomarańczy.
W drodze powrotnej do autobusu mijamy jeszcze typowy element hiszpańskiego miasta, mianowicie korridę.
Do Marbelli wracamy po raz kolejny autobusem jadąc niezliczonymi serpentynami górskimi. Tym razem nie robi to już na nas tak dużego wrażenia i zasypiamy słuchając hiszpańskiego hip-hopu puszczanego z komórki przez jednego z współtowarzyszy podróży.
]]>
Artykuł ten jest częścią relacji z Podróży po Costa del Sol
Żeby dotrzeć do Gibraltaru z Malagi/Marbelli czy innego nadmorskiego kurortu musimy pojechać autobusem do La Linea. My jechaliśmy z Marbelli i podróż trwała jakieś 1,15h a bilet kosztował około 7 EUR w jedną stronę. Myślę, że dobrym pomysłem jest zakup biletu dzień wcześniej. My tak nie zrobiliśmy, poszliśmy na autobus o 11.30 i okazało się, że już nie ma miejsc Musieliśmy czekać na następny autobus o 13, co oznaczało skrócony pobyt na Gibraltarze.
Z dworca w La Linei do Gibraltaru idziemy już pieszo. Przechodzimy przez granicę (pokazuje się tylko dowód, ale nie zawsze nawet na niego patrzą) i już jesteśmy w zamorskim terytorium Wielkiej Brytanii. Stamtąd możemy pojechać autobusem nr 5, którzy przejeżdża przez płytę lotniska i zawozi nas do centrum.
Ze względu na niewielkie terytorium lotnisko Gibraltaru krzyżuje się z ulicą. Kiedy samolot startuje lub ląduje droga jest zamykana. Na lotnisko w Gibraltarze dotrzemy liniami EasyJet i Monarch z brytyjskich lotnisk. Ceny może nie zachwycają (chociaż znajdują się pojedyncze bilety za £25 w jedną stronę, w dwie ciężko znaleźć w niskiej cenie), ale na pewno wygodne połączenia dla chcących dotrzeć jak najszybciej do Gibraltaru.
Zaraz po wjeździe odczuwamy angielską atmosferę miasta.
Powiewająca brytyjska flaga w otoczeniu palm wygląda bardzo ciekawie. Z uwagi na położenie Gibraltaru, Hiszpania nie uznaje brytyjskiej suwerenności tego terytorium. Co jakiś czas słyszy się o naruszeniu terytorium, któregoś z tych krajów. Mieszkańcy Gibraltaru jednak stanowczo odrzucają „wspólny podział suwerenności” podzielony między Hiszpanię i Wielką Brytanię.
Naszym pierwszym punktem wycieczki jest Europa Point – miejsce gdzie morze Śródziemne spotyka się z oceanem Atlantyckim.
Dojechaliśmy tu autobusem miejskim z centrum. Ogólnie cały Gibraltar można zwiedzić pieszo jako że ma mniej niż 7 km2. Jednak my mieliśmy mały poślizg, więc musieliśmy korzystać z autobusów. Na Europa Point znajduje się latarnia morska, meczet i niewielki kościół. A gdzieś w oddali można dojrzeć afrykańskie wybrzeże Maroka. Widzimy też stamtąd główny punkt naszej wyprawy: skałę gibraltarską.
Wracamy więc autobusem do miasta (nie wiem, czy w dalszym ciągu tak jest, ale jak my byliśmy to jedyny autobus, za który się płaciło, to ten, który przewoził przez płytę lotniska – chyba 1GBP. Pozostałe autobusy były już darmowe). Na skałę gibraltarską dostajemy się kolejką. Było z tym trochę problemów, bo jak przyjechaliśmy był spory wiatr i kolejka była czasowo zamknięta. Na szczęście w końcu otworzyli i mogliśmy i kilka minut dotrzeć na samą górę. Informacje o kolejce oraz inne przydatne informacje o Gibraltarze możemy znaleźć na stronie: http://www.gibraltarinfo.gi/gibraltar-tickets.aspx
A na górze gibraltarskiej czekają nas nie tylko piękne widoki, ale przede wszystkim magoty – gibraltarskie małpy – jedyne żyjące na wolności małpy w Europie. Według legendy, jeśli małpy znikną ze skały, Wielka Brytania straci swoje panowanie nad Gibraltarem.
Małp nie wolno karmić – grozi za to wysoka grzywna. Trzeba też mieć się na baczności w ich pobliżu, gdyż potrafią w oka mgnieniu wyrwać człowiekowi jakieś jedzenie czy torebkę. Nam na szczęście niczego nie zabrały, ale też obserwowaliśmy je z bezpiecznej odległości. Są naprawdę urocze i ciężko przestać na nie patrzeć. Widoki wkoło schodzą przy tym na dalszy plan. A widoki są naprawdę przepiękne. Nam trafił się niemal bezchmurny dzień, więc mogliśmy podziwiać całą panoramę, zarówno na cały Gibraltar i hiszpańskie wybrzeże, jak i na Afrykę.
Decydujemy się wrócić do centrum pieszo pokonując niezliczoną ilość schodków, podziwiając przy tym cudowne widoki na zatokę, port i cały Gibraltar.
Droga nie aż tak długa, ale ze względu na duży spadek dość uciążliwa. Następnego dnia bolały trochę nogi od schodzenia, ale było warto
Robi się późno, ostatni autobus był o 19, a my chcieliśmy zrobić jeszcze niewielkie zakupy alkoholowe, jako że Gibraltar jest strefą wolnocłową. Jeśli mowa o zakupach to oficjalną walutą Gibraltaru jest funt…ale nie brytyjski, tylko gibraltarski. Kurs tych walut jest 1:1. Bez problemu płacimy tam w funtach brytyjskich, jednak resztę dostaniemy zazwyczaj w funtach gibraltarskich. Wyjeżdżając warto wydać te funty, bo nie będą one honorowane w UK jako środek płatniczy.
Po zakupach ponownie udajemy się na autobus nr 5, który przewozi nas przez płytę lotniska i po chwili opuszczamy ten niezwykle ciekawy zakątek Europy.
]]>
Artykuł ten jest częścią relacji z Podróży po Costa del Sol
Jadąc z lotniska lepiej nie połasić się na kolejkę podmiejską. Co prawda jedzie w stronę Marbelli, jednak jej ostatnia stacja to Fuengirola. Jeśli tam wysiądziemy czeka nas dość długa podróż do Marbelli, bo autobus w który wsiądziemy zatrzymuje się na każdym przystanku. Zamiast tego lepiej wsiąść w autobus od razu w Maladze, czy na lotnisku, który bez postoju zawiezie nas do Marbelli.
Cała Marbella jest urokliwym, sielankowym miejscem. Białe domki, wąskie uliczki. Cała kwintesencja hiszpańskich miasteczek.
Głównym miejscem jest Plaza de la Naranjos, plac w centrum. Nazwa placu została wzięta od drzew pomarańczy (naranja to pomarańcza). Teraz chyba bardziej kojarzy się z pomarańczowymi parasolami kawiarni i restauracji.
Kolejne przyjemne miejsce w Marbelli to fontanna w centrum parku, zaraz przy promenadzie schodzącej do wybrzeża. Fontanna w nocy jest kolorowa, co przyciąga turystów również w nocnych porach. Marbella owładnięta jest głównie przez angielskich turystów. Wielu z nich zamieszkało tam na stałe. Urzekają mnie zawsze pary emerytów spędzające jesień życia w ciepłym miejscu, wtapiając się w hiszpańską rzeczywistość, gdzie życie płynie wolniej i przyjemniej (fiesta, sjesta itp.)
A to wspomniana wcześniej promenada, którą dochodzimy z parku do morza.
W Marbelli znajduje się ładny port. Nie ma w nim bogatych jachtów jak w ekskluzywnej dzielnicy tego miasta Puerto Banus (o tym za chwilę). Obecnie istnieje projekt budowy nowego portu wartego 400 milionów euro, finansowanego przez jakiegoś szejka. Z planów wynika, że będzie wyglądać jak mały Dubaj, więc być może zabierze palmę pierwszeństwa portowi w Puerto Banus.
Jeśli chodzi o plażowanie, to Marbella dysponuje długą piaszczystą plażą, na której dostępne są parasole i leżaki. Jak ktoś jednak nastawia się na plażowanie pod palmą na pięknej plaży z białym piaskiem to może być nieco rozczarowany. O ile miasteczko robią niesamowite wrażenie, to plaże należą według mnie do zwyczajnych (co nie znaczy, że jest brzydka). Temperatura za to idealna do plażowania (niekoniecznie do kąpieli, bo woda jednak zdecydowanie jeszcze za zimna). Wzdłuż całej plaży ciągnie się promenada pełna barów i restauracji.
Mówiąc o restauracjach… W Hiszpanii zazwyczaj je się obiad wieczorem (w godzinach naszej kolacji). Składa się ona z 3 dań i niektórzy potrafią przesiedzieć dobre dwie godziny zajadając się hiszpańskimi smakołykami. Jeśli jednak zdecydujemy się na obiad do 15 (mniej więcej) możemy liczyć na korzystniejsze ceny. Wybieramy wówczas Menu del Dia, gdzie zazwyczaj za 10 euro mamy pełny obiad z przystawką, daniem głównym, deserem, kawą i często czymś do picia. Pamiętam, że w takim dużym lokalu nad samym morzem z widokiem na plażę można było wziąć zestaw dwie pizze plus coś do picia, dla dwóch osób za 16 euro.
Będąc w Marbelli nie można pominąć Puerto Banus – ekskluzywnej dzielnicy Marbelli. Można tam dostać się miejskim autobusem. Nie pamiętam numeru, ale przez Puerto Banus jeździ każdy autobus w kierunku Estepony i San Pedro (bilet kupuje się u kierowcy – około 1,25 EUR). Centralnym punktem Puerto Banus jest port z luksusowymi jachtami należącymi często do gwiazd świata sportu czy biznesu. Znajduje się tam np. jacht króla Arabii Saudyjskiej.
Charakterystyczne są białe domki z pomarańczowymi dachami. Hotele należą do zdecydowanie wyższej półki, a na ulicach co chwilę spotyka się jakiś ekskluzywny samochód.
Celebryci wynajmują jachty i robią na nich prywatne imprezy. Zwykli śmiertelnicy za to mogą wybrać się wybrać na około 40 minutowy rejs statkiem z Puerto Banus do Marbelli i popodziwiać miasto od strony morza. Bilet za rejs statkiem fly-blue kosztuje 8,5 EUR (15 EUR w dwie strony). My w jedną stronę popłynęliśmy, w drugą autobusem.
]]>